Antyrezydencja cz. 1: Artysta nieobecny

 

 

IMG_1073

 

IMG_1242a

 

IMG_1509

 

IMG_1645

 

IMG_1650

 

Tytuł filmu Mariny Abramivić to Artystka obecna; mówi zarówno o fizycznej obecności artystki jak i jej obecności w spotlighcie, na widoku.
Więc artysta jest nieobecny, i nie ma usprawiedliwienia. Zerwał się. Chciałem zniknąć się ze świata produkcji przedmiotów i idei, choć na chwilę. Wyrwać się z płodozmianu, gdzie wszyscy znajomi na hasło wyjazd do Birmy pytają Cię czy to rezydencja. Przejść na offline. Schować się przed myśleniem o, a przynajmniej zobaczyć czy taka ucieczka jest możliwa; przewietrzyć oczy i głowę w każdy sposób. I może trochę pokazać środkowy palec jesieni.
I sztuce też.

Pierwszym doświadczeniem, poza nocnym widokiem północnego pasma Himalajów, była najdroższa americana jaką piłem w życiu ( na transferze w Guangzhou; 11e, niesmaczna). Lotnisko jest wycięte prosto z podróżnej lektury Grafa Zero Williama Gibsona. Wyalienowanej wizji świata przyszłości, podzielonego między stref wpływów gigantycznych korporacji. Wszystko tonie w odbiciach na szybach. Jakby znaleźć się wewnątrz szklanej kuli z Obywatela Kane’a wypełnionej aluminiowym śniegiem.

Samolot ląduje w Yangonie. Spękany pas płyty lotniska gwarantuje emocje przy lądowaniu i płynnie zmienia się na brzegu w pas dżungli, zza którego jarzą się złote szczyty pagód. Na zewnątrz kilka wózków bagażowych, dwa inne samoloty. Cisza. Czuję się jakbym wylądował gdzieś, na krańcu jeszcze możliwej rzeczywistości.
W pierwszym odruchu, zastanawiam się kiedy odlatuje samolot do Bangkoku.

Taryfa zabiera mnie na Downtown. Hotel. Wchodzę do pokoju. Wiatrak miesza powietrze leniwe jak kisiel.

Po kilku dniach umysł załapuje podstawowy rytm rzeczy. Wszystko dookoła przestaje być dziwne, dziwne stają się rzeczy odkrywane na każdym rogu. Atmosfera to mieszanka tej jaką można spotkać do dziś na Krymie oraz Polski w czasie transformacji w 1989. Zakupy w sklepie pakowane w gazetę. Widać, że wiele się zmienia z dnia na dzień, a jednocześnie mapa zachowań ludzkich wyraźnie nie nadąża za tempem. Miasto to poststrukturalistyczne marzenie. Wszystkie funkcje architektury są czytelne z ulicy (czy jest woda, klimatyzacja, światło, wywóz śmieci, co robią domownicy itd.), jednocześnie wszyscy są przyzwyczajeni do tego, że życie, toczy się prawie w całości na zewnątrz. Świeże tusze są ćwiartowane pod parasolem przy 35 stopniowym upale, obok japońskiej sieciówki J-Donuts. Kilkanaście plastikowych taboretów i imbryk z herbatą tworzą przydrożny bar. Miasto wstaje przed świtem, a zasypia o dziewiątej wieczorem. Wieczorny deptak stanowi ok. sto metrów barów, w Chinatown, co wypełnia ulicę do połowy długości. Reszta tonie w ciemności i śmieciach. Drugiego dnia cinkciarze na zewnątrz hotelu przyprowadzają ze sobą kolegę, który oferuje cokolwiek bym zechciał na czarnego rynku. Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła. Rozmowę przestaję drążyć przy haśle mina przeciwpiechotna.

dość szybko okazało się, że gadżetami znalezionymi na ulicach, mógłbym wypełnić po brzegi walizkę w ciągu pierwszych kilku godzin pobytu. Zdecydowałem się jeśli zbierać to tylko wrażenia, a zakupy ograniczyć się do najbardziej spektakularnych. Birmańczycy bazują na recyklingu przedmiotów. Patrzę na rzeczy, które poruszają serce, a czasem nawet portfel. Nowa twarz Azji uszyta ze śmieci. W przydrożnym sklepie ze wszystkim, gdzieś na obrzeżach Mingaladon wiedziałem już, że trafiłem. Torby szyte z plastikowej przemysłowej plecionki, z worka po czymkolwiek. Każda ręcznie zrobiona z innego fragmentu. Biorę wszystkie jakie są.

Internet cafe, i anglobirmańska klawiatura. wchodzi się po wąskich drewnianych schodach jak do kurnika, w środku sześciu rozbawionych nastolatków pocina w sieciówkę. Godzina w internecie to ok. 1 PLN. Chyba że ściągnęli mi hasło do poczty – wtedy może kosztować trochę więcej. Choć raczej nie. Wszyscy są na maksa uczciwi. Kupiłem w przydrożnym sklepiku po raz pierwszy od pięciu lat papierosy, najtańsze 1,5 PLN za paczkę. Na szczęście nie dla siebie. Sprzedawczyni z twarzą wymazaną tanaką (biała pasta z drzewa tanaka, która zastępuje makijaż), pomyliła się o 1000 Kyat. Po kwadransie jej mąż dogonił mnie na skuterze z brakującym banknotem w ręku.
Na zewnątrz cafe na parterze w podcieniu leży opona od ciągnika.

A Czy udało mi się uciec – o tym w drugim odcinku antyrezydencji.

 

Antiresidency part one: The Artist Is Absent

 

Title of Marina Abramovic’s movie is The Artist Is Present; it tells about both the physical presence of the artist, as of her presence in the spotlight, visibility.

So, the artist is absent, without any excuse. Plays hooky. I wanted to disappear from the things’n’ideas producing world, even if for a while. Get out of the shifting cultivation, where all your acquaintances upon hearing the catchword going to Burma, ask you whether you are going on a residency. Go offline. Hide from thinking about, or at least see if such escape is possible; aerate eyes and head in all possible ways. And maybe wave middle finger at Autumn. And Art.

First experience beside night view on northern strip of Himalaya was the most expensive Americana I’ve drank ever (on transfer in Guangzhou; 11e, unpalatable). Airport is cut straight out of the reading for the trip, William Gibson’s Count Zero. An alienated vision of the world of future, scattered into corporate zones of control. All disappears in glass reflections. It is as if one would find himself within glass ball taken out of Citizen Kane, filled with aluminum snow.

Plane lands in Yangon. Cracked landing pas guarantees emotions at landing, and smoothly gives away to a strip of a jungle, golden pagodas glow from behind. Outside, few luggage carts, two other planes. Silence. I feel as if I landed on the outskirt of still possible reality.
My first reflex, I wonder when the next plane to Bangkok departs.

Cab takes me to Downtown. Hotel. I enter the room. The air lazy like a kissel is stirred by a fan.

After few days mind catches on with basic rhythm of things. Everything all around stops being strange, now strange are simply the things discovered on every corner. Climate is a mixture of one that can still be found on Crimea, and one that could be found in Poland during the transformation in 1989. Shopping in shop is wrapped in newspaper. A lot is changing from day to day, and yet the map of human behaviors has difficulties catching up. The city is a poststructuralist’s dream come true. All functions of architecture are readable from the street (if there is water, electricity, waste service, what home-dwellers do and so on), and still everyone is accustomed to the fact, that life goes almost entirely on the outside. Fresh carcasses are quartered underneath a sunshade in 35 degrees heat, next to japanese chain store J-Donuts. A dozen or so stools and kettle with tea makes a roadside bar. The city wakes up before dawn, and goes to sleep at 9 PM. Evening promenade is a hundred meters of bars in Chinatown, what fills the street to the half of the length. The rest is drowning in darkness and garbage. On the second day, shady moneychangers on the outside of hotel brought a friend with them; He offers anything I would want from the black market. Curiosity killed the cat. I stop inquiring him, when the headword landmine comes.

It turned out quite quickly that with gadgets found on the streets, I could easily fill the suitcase chock-full in first few hours of the stay. I decided then to gather only impressions, and confine shopping to the most spectacular finds. People of Burma base on recycling of things. I gaze on things that move heart, sometimes even the wallet. New face of Asia sewn of trash. In a roadside shop somewhere on outskirts of Mingaladon I knew I found it. Bags made of reused industrial plastic braid, from a sack after whatever. Each one handmade from different scrap of it. I take all there are.

Internet Cafe and English-Burmese keyboard. One enters going up the narrow wooden stairs like to a chicken coop, inside six amused teenagers plays some multiplayer game. An hour of browsing the net is around 0.3$ unless they nicked my mailbox password – then it could cost a bit more. Although probably not. Everyone is honest to the max. First time in five years I bought smokes, the cheapest 0.5$ for a pack. Luckily not they were not for me. Woman selling tchem, with face covered with thanakha (white paste made from thanakha tree which substitutes for the make-up) errs by a thousand Kyats. After a quarter her husband  caught up with me on a motorbike with missing banknote in hand.
On the ground floor of the cafe building a tractor tire lays in a shadow.

Have I managed to escape – more about in the second part of antiresidency.

<span>%d</span> bloggers like this: